ilustracja: Marcela Cychol

Maria Ameryka

JULEK ROSIŃSKI

Maria Ameryka

Na końcu różano-tulipanowej łąki, pod samym murem, postaci zdejmują z siebie kurtki, marynarki, kostiumy, sukienki, buciory. Rośnie z tego wzgórze. Maria po całodziennej jeździe wie, ale to już naprawdę wie, to pewne, że bardzo chce teraz siku. Sprawnie zawiązuje bluzę wokół dżinsów, rusza za innymi mocno żółtą ścieżką. Tylko pozostawieni w tyle strażnicy, ignorując cały wcześniejszy pośpiech, człapią jak czaple między kałużami, telefonują albo w rozmarzeniu wydobywają pudełeczka, częstując się wzajemnie kanapkami. 

Oni zaś wreszcie wolni idą groźni jak na teledysku; półnadzy, ogrodowymi alejkami, pośród wieczornych oddechów maszyn, ceglanych luf szklarni mierzących do wiejącego daleko stąd nieba. Na skrzyżowaniu w lewo.

Przed wejściem do basenu 5 siedzi dwóch boyów jeden ma listę, drugi psa.  Poważni, ein, zwei, Ameryka Maria, 34. 

Puf. Para. Czarno-białe ciała, do szarego światła. Trzask drzwi. Za oknem gasną reflektory. Bawi ją niepasujący sufit. Cśśś. Przebiera nogami, zamyka oczy, nie może, zsuwa majtki. Pierwszy cichnie gwar, potem sama cisza. Syk, ale taki, jakby ktoś dmuchał po drugiej stronie rury. Z pryszniców bucha gorąca woda, Maria sika, lecą przez nią myśli. Pilot leżący w trawie przed pasem startowym. Mały, mniejszy, maluteńki, znika. 

Nie dostrzega, jak wszyscy wychodzą. Budzi ją dopiero woźna. Najśliczniejsza staruszka znanej jej Europy wskazuje ręką, gdzie dalej, drugą wpycha tajemnicze zawiniątko. Idzie i idzie i oczywiście jakimś cudem mija szatnię. Żałuje, że nikt nie widzi, jak z mokrymi włosami zapina koszulę, oparta  pośladkiem plus piętą o ścianę korytarza, który wypada na główną halę. Szklaną córkę dworca autobusowego i stołówki. Wewnątrz całkiem adekwatnie do opisu tłoczą się przeważnie uczniowie i ranni. Z balkonu od razu dostrzega jego przy drzwiach,  skręca fajki. Chce jej się palić. Niczym zawołany owczarek unosi  łeb. Dopiero z bliska widzi, jaki jest fajny. Już wie: pociągi przepełnione, taryfy śmiesznie tanie, dowożą w to samo miejsce. Fest. Palą. Zajeżdża przywołane autko. Niech mu będzie, podaje rękę, długo opada na siedzenie. Pachnie korkiem, imbirem i kawą. 

On nawet nie pyta,  kierowca już relacjonuje przez co jadą, wyuczoną, sfinksową gadką.

Mogłoby to być targiem, gdyby miało sprzedawców. A tak cholera wie. Przechodnie klucząc labiryntem wieszaków, od zawsze biorą co chcą. Non stop słychać stukutukutukot kół, przesuwanie po bruku obwieszonych rzędów. 

Ona podnosi głowę, rzeczywiście szersze dróżki jak ta, z której nurtem powolnie płyną, tylko przecinają wzburzone zaspy ciuchów. Jeden z zerwanych kaszkietów uderza o szybę. Kolorowa pustynia rzeczy. Tak o tym myśli. Kiedyś tu wrócą, może. Jego ramię pachnie potem, czyli ogniem i gryką. Musisz zmienić tshirt, ale to później, szepcze, cisza.  Kierowca pyta się, jak przez mgłę, czy coś chcą. Nie chcieli.

Kiedy otworzyłem oczy, jej już nie było. Zasypiałem z tyłu, teraz siedzę obok. Kierowca w kominiarce. Pytam kim jest, czego chce. Ona że jest śmierć. Śmierć pyta co u mnie. 

To było ciężkie. Zgodnie z prawdą odpowiadam: nie wiem i zaczynam płakać.

Ona zatrzymuje auto, przystawia mi do głowy broń, (wtedy poczułem, że też jestem w kominiarce). Pyta się, czy pamiętam.

Julek Rosiński (2001-2024) – Kiedy przypomniałem sb, że umarłem, oczywiście postanowiłem powiedzieć to wszystkim.

Marcelina Cychol – https://www.instagram.com/marcela.cychol/