ilustracja: Miron Bania
Beztroska przygoda
JAN SROKA
Beztroska przygoda
Chyba nie muszę nikogo przekonywać do tego, że tworzenie rankingów najlepszych i najgorszych powieści danego roku jest zajęciem w dużej mierze jałowym. O ile w zestawieniach najlepszych książek z reguły dominują te, którymi zajęli się najlepsi marketingowcy, co poskutkowało nominacjami do nagród bądź wysoką sprzedażą, o tyle z najgorszymi sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Spośród setek podstron na Bonito i dziesiątków regałów w Empiku trudno wyłuskać te naprawdę beznadziejne pozycje. Wydawnictwo artystyczno-krajoznawcze Dar Dobryszyc postanowiło ułatwić nam życie i ogłosiło konkurs na najgorszą książkę AD 2025. Dzięki temu wiemy, że najgorszymi z najgorszych są: Głosu kosa nie słychać w Warszawie Marcina Wilkowskiego oraz Shmrodek. True Polish Eastern European Experience in the Shadow of the Class Trauma and Story of the Struggle for the Class Advancement Filipa Matwiejczuka i Łukasza Żurka. I prawie po sprawie – pozostało tylko te płody brzydkiej muzy zrecenzować.
Po co jednak mam krytykować coś, co w założeniu ma być gniotem? Bo mogę – to narzucająca się odpowiedź, ale najmniej interesująca. Bo mi to zaproponowano – to odpowiedź prawdziwa, ale niesatysfakcjonująca. Bo skoro krytykuje się książki, które chcą być dobre, to można chwalić książki, które chcą być złe – to odpowiedź przekorna, a zarazem najbardziej przekonująca.
Zanim przystąpię do omówienia tych wiekopomnych dzieł, krótkie wprowadzenie do lore’u tego zorganizowanego przez Dar Dobryszyc, niszowego (przynajmniej na ten moment) plebiscytu. W konkursie obowiązywały inne zasady niż chociażby w takich Złotych Malinach. Nie chodziło o wybranie najgorszej książki spośród tych wydanych i liczących na uznanie – ileż byłoby krzyków, narzekań i rzucania rękawic, gdyby uhonorowano jakiś tytuł poczytnego pisarza lub pisarki. Formuła była bardziej pokojowa, bo w szranki stanęły dzieła specjalnie nadesłane, wcześniej niepublikowane, pomyślane i napisane tak, aby być najgorszymi. Pliki były zanonimizowane, ale cóż, przypadek chciał, że autorami nagrodzonych utworów okazali się uznany poeta i dwóch doktorów nauk. Przewrotnie, acz znakomicie wpasowało się to w temat przewodni konkursu, czyli literackie ujęcia problemu awansu klasowego.
To hasło automatycznie odsyła do tego całego „zwrotu ludowego” – zjawiska (mam wrażenie i nadzieję) już przebrzmiałego, które wielu zainteresowanym dawno się przejadło i raczej wywołuje w nich chęć zwrócenia obiadu (składającego się oczywiście ze schabowego, ziemniaczków i buraczków – jak u mamusi z chamstwa swój ród wywodzącej) niż zwrócenia uwagi na klasowe podziały w polskim społeczeństwie. Powinniśmy już tego trupa pochować, lecz przy tym nie stosować się do zasady, że o zmarłym albo w ogóle, albo dobrze. Jeżeli zapomnimy o tym trendzie i go przemilczymy, to może umknąć nam fenomen ciekawy i znamienny dla opisu świadomości polskiego społeczeństwa przełomu drugiej i trzeciej dekady XXI wieku. Z kolei poszukiwanie pozytywów szybko zamieni się w festiwal zaklinania rzeczywistości i wmawiania sobie, że Chłopki Joanny Kuciel-Frydryszak czy Ludowa historia Polski Adama Leszczyńskiego pchnęły toczącą się nad Wisłą dyskusję o stratyfikacji społecznej na nowe tory, gdy tak naprawdę ugruntowały tylko tożsamościowe definiowanie klasy inspirowane, wielce u nas wpływową, koncepcją Pierre’a Bourdieu. Zgodnie z nią kapitał kulturowy czy symboliczny, a więc coś w dużej mierze płynnego i arbitralnego, są równie istotne przy opisie czyjegoś statusu społecznego, co kapitał ekonomiczny. W literaturze zwrotu ludowego takie rozumienie klasy powoduje, że na pierwszy plan wysuwają się kwestie tożsamości. Zmienia to dyskusję o systemowych mechanizmach wyzysku (czymś, co istnieje niezależnie od tego, jak się z tym czujemy) w dyskusję o jednostkowym doświadczeniu (czymś, co skłania czytelnika do empatyzowania z bohaterkami lub karci za jego brak). Wystarczy spojrzeć na wspomniane Chłopki. Książka kończy się historią właścicielki wielkiego przedsiębiorstwa, która musiała przejść terapię, aby wyzbyć się wstydu związanego z chłopskim pochodzeniem. Zgodnie z zamiarem Kuciel-Frydryszak powinniśmy tej pani współczuć, a nie zadawać pytania o jej obecną pozycję klasową. Nie ma tu miejsca na żadną kontestację neoliberalnego porządku. Może warto byłoby się zastanowić nad sytuacją kogoś, kto sprząta willę tej przedsiębiorczyni, ale kogo by to obchodziło? Jeszcze by się okazało, że taka osoba pochodzi z inteligencji, co – uwaga! – jest możliwe. Ale podważyłoby to wizję świata, którą przyjęła klasa średnia. A samopoczucie przedstawicieli klasy wyższej jest w końcu najważniejsze. Można odnieść wrażenie, że hasło zwrotu ludowego to: „Feudalizm zły, kapitalizm dobry”; hasło prześlepiające fakt, że w oba te ustroje społeczne wpisane są wyzysk, nierówność i brak sprawiedliwości. Nie chodzi mi o to, żeby walczyć z wiatrakami i usilnie utrzymywać, że literatura może zmienić świat. Posiada jednak narzędzia służące do jego opisywania. A każdy opis może być nieadekwatny, chybiony czy zbyt upraszczający – dlatego warto poddać go ocenie.
A jest co oceniać. Warto podkreślić to w kontekście omawianego konkursu: literatura zwrotu ludowego najczęściej jest po prostu kiepska artystycznie – do bólu schematyczna i tendencyjna. Nie da się nie ziewnąć, czytając kolejne, powtarzane jak mantra historie o niepiśmiennych prababkach, wojennych traumach, wstydzie klasowym oraz odkrywaniu i próbie zaakceptowania rzekomej chłopskiej tożsamości. Historie snute przez stereotypowe inteligentki i doktorków, w przerwach między kolejnymi łyczkami cappuccino na sojowym. Nie wspominając już o nagminnie występujących na kartach tej literatury, publicystycznych ekskursach czy pretekstowych wrzutkach, które nie mają żadnego uzasadnienia fabularnego czy strukturalnego, ale poruszają tematy „grzejące” opinię publiczną. Obowiązkowe niemal są wzmianki o katastrofie klimatycznej lub aborcji. Tak jakby odbiorcy potrzebowali zapewnienia, że autor jest z nimi albo przeciw nim. Bo jak wiadomo, kto sam, ten nasz najgorszy wróg. Jaskrawy przykład tej strategii stanowią Kości, które nosisz w kieszeni Łukasza Barysa, co dobrze uwydatnił jeden z autorów Shmrodka – Łukasz Żurek – w tekście o teatralności literatury opublikowanym na łamach „Twórczości”. Co oczywiste, wszystko podporządkowane jest logice marketingowej. Niektórzy spośród autorów i autorek „zwrotoludowych” produkcyjniaków zdają się już nawet nie udawać, że wierzą w mit o sprawczości literatury. Oni po prostu próbują dopchać się do sprzedażowego i prestiżowego koryta, zapełnionego niegdyś sukcesem Chłopek czy Baśni o wężowym sercu, i wychłeptać z niego, ile się da. A wiedzą, że źródełko wysycha.
Wniosek nasuwa się sam – aż się prosi, żeby zwrot ludowy pokrytykować. I można to robić za pomocą erudycyjnych esejów, w których będzie się zestawiać teorie kapitałów Marksa oraz Bourdieu, aby na końcu triumfalnie obwieści wyższość tej pierwszej. Można też przeanalizować konwencje charakterystyczne dla literatury „zwrotoludowej” i w ten sposób obnażyć czającą się za nią ideologię. Pytanie tylko, po co krytykować, skoro i tak krytyka ta będzie się kręcić jak smród po gaciach w wąskim kółeczku wzajemnej adoracji lub niechęci, zwanym światkiem literackim, a i tak poza to środowisko nie wypłynie. A może po to, żeby radośnie potańczyć na mogile tego nurtu i bezlitośnie obśmiać właściwą mu poetykę, jak uczynili to mości Wilkowski, Matwiejczuk i Żurek. Co prawda ich wypociny też nie przekroczą barier środowiskowych, ale przynajmniej idzie się przy nich uśmiechnąć, a nawet uśmiać.
A więc zamiast najgorszych książek, dostaliśmy najlepsze imitacje tych złych, a chcących być dobrymi, co, biorąc pod uwagę temat przewodni konkursu, daje nam najlepsze imitacje sztampowych opowieści o awansie klasowym. Oczywiście doprawione sporą szczyptą grafomańskich potknięć i niezręczności stylistycznych. Można śmiało zakładać, że podstawowym kryterium oceny było trafne wskazanie i wyciągnięcie na wierzch schematów fabularnych oraz motywów, do których już zdążyły nas przyzwyczaić utwory opowiadające o ludowych korzeniach współczesności. W obu nagrodzonych dziełkach autorzy bardzo dosadnie uwypuklają podstawowe założenia tej literatury. Pokazują, że w literaturze “zwrotoludowej” pod wątłym płaszczykiem empatii i zrozumienia dla uciskanych przodków przemycany jest neoliberalny przekaz o byciu kowalem własnego losu i inne tego typu mity. Szeroko reprezentowane w tej literaturze myślenie o klasie jako o elemencie tożsamości, a nie obiektywnym stanie rzeczy, prowadzi do absurdalnych wniosków i sprzecznych ze sobą przekonań, co i rusz powtarzanych w sferze medialnej – z jednej strony odpowiedzią na nierówności jest współczucie i troska, a z drugiej istnieje coś takiego jak mentalność biedaka. Jak współczuć komuś, kto nie wierzy i nie chce uwierzyć w to, że ciężka praca i pozytywne nastawienie wywindują nas do wyższej kasty? Możemy traktować go co najwyżej pobłażliwie, a stąd już tylko krok do pogardy. Ponadto tożsamościowe definiowanie klasy, wbrew deklaracjom autorów, nie mieści w sobie żadnej siły do, nawet nie rewolucyjnej, ale choćby drobnej zmiany świadomości czytającej części społeczeństwa. Cementuje tylko status quo. Nie demaskuję w tym momencie spisku elit, gdyż sądzę, że pisanie literatury wygłaszającej takie tezy dzieje się w dużej mierze w odpowiedzi na zapotrzebowanie samych odbiorców. W Polsce czytają raczej przedstawiciele klasy wyższej i to tylko w przerwach od zbijania fortuny, więc logiczne jest, że nie chcą obcować z czymś, co podważałoby porządek, w którym się doskonale umościli. Konwencja „najgorszości” pozwala wywalić kawę na ławę, powiedzieć wprost i dosadnie o tym, o czym zwykle się milczy albo o czym napomyka się najczęściej w zawoalowany sposób, żeby nie zostać oskarżonym o prawienie banałów, wysnuwanie z gruba ciosanych wniosków lub zwyczajne (nomen omen) chamstwo.
Ktoś, kto z różnych względów musiał albo (w co nadal trudno mi uwierzyć) chciał zapoznać się z ilomaś tam ważnymi dla zwrotu ludowego tytułami, z łatwością wskaże konwencje wykorzystane przez parodystów. Przy czym obie pozycje świetnie się dopełniają, obśmiewając dwa odmienne schematy.
Muszę przyznać, że Głosu kosa nie słychać w Warszawie to czarująca parodia – błyskotliwie żerująca zarówno na zużytych motywach i wątkach fabularnych, jak i na częstych we współczesnej literaturze manieryzmach językowych. Wilkowski skleca historię ze znanych i lubianych elementów. Znajdziemy tu więc zmęczone życiem korpoludki z Warszawki, bezskutecznie szukające sensu i zakorzenienia w rzeczywistości. Fiasko tej misji murowane, bo stracili kontakt z naturą i obecną w niej magią, pozostają głusi na głos lasu, który szumi im ku przestrodze: „konsumpcjonizm, konsumpcjonizm”. Jest także obowiązkowa Babcia rodem z – jak wszyscy wiemy – zabitego dechami Podlasia, zwana Kochaną Zaczarowaną. Nie brakuje też wiejskiej ezoteryki – staruszka nie tylko lata na czym popadnie i potrafi komunikować się z Duchem Łąki, ale jest w stanie zamieniać się ciałami, co w pewnym momencie czyni, przyjmując postać swojej wnuczki. I wtedy właśnie może nareszcie zrobić coś, o czym marzyłaby każda uciemiężona pańszczyźnianym dziedzictwem chłopka, a co nieco nieudolnie stara się realizować jej latorośl – wspinać się po szczeblach kariery w międzynarodowej korporacji, nie zważając na mobbingowane trupy i psy skamlące za karawaną sukcesu. Wszystko to z nienawiści i chęci zemsty „za chatę, wojnę, partyzantów, zmarnowana młodość i zbyt nagłą starość”. Przy okazji widać, że mamy kolejny element „zwrotoludowego” bingo – nad światem przedstawionym wisi widmo wypartej traumy wojennej, wywołanej – powiedzmy to otwarcie w geście walki z romantycznymi fantazmatami – przez nie zawsze szlachetne postępowanie żołnierzy wyklętych. Gdyby uspójnić tę historię oraz usunąć z niej najbardziej rażące absurdy i idiotyzmy, to mogłaby się stać kanwą kolejnej „zaangażowanej” powiastki do autobusu, jakich wiele produkuje się każdego roku.
Jednak to, co najzabawniejsze w opowiadaniu Wilkowskiego, rozgrywa się w języku. I nie chodzi mi o liczne błędy, stylistyczne niezręczności czy literówki. Ukłony w stronę autora ślę przede wszystkim za cudowne bon moty, które śmiało mogłyby ozdabiać karty takich książek jak np. Łakome Małgorzaty Lebdy czy Białe noce Urszuli Honek. Jak możemy się nie zadumać, gdy czytamy takie sentencje: „Wszystkie wspomnienia są wyobrażone, tylko niektóre mniej, a inne więcej”; „Czy aktualni ludzie czują jeszcze magię i ciepło ludzkich serc, które ma największą siłę na świecie, większą niż milion bomb wodorowych?”; „Jesteśmy tak różni, ale mamy wspólne pytania. Bóg, kiedy nas stwarzał (tzn. pierwszych rodziców) chciał pewnie, żeby odpowiedzi były wspólne, ale niestety skończyło się wieżą Babel i Google Translate”. Udane są także pastisze poetyzujących passusów, nieobcych przecież manierze współczesnej pretensjonalnej powieści, np.: „Czas jakby się zatrzymał, chociaż oczywiście piął się wciąż po nieskończonej drabinie wieczności”; „Słońce odbijało się od szyb biurowca i szło sobie dalej na wycieczkę, tu i ówdzie spoglądając na twarze przechodniów wielkiego miasta”. Głupkowata fabuła, opowiedziana przy użyciu urokliwego w swej indolencji języka, sprawia, że opowieść Wilkowskiego zyskuje pewną lekkość, która czyni z niej nie tylko udaną parodię, ale także – przyznaję, dość specyficzną – rozrywkę. Idealną na godzinną podróż do biura.
Opowieść Matwiejczuka i Żurka jest odrobinę bardziej wymagająca w odbiorze. Nie tylko dlatego, że została napisana po angielsku – co świadczy zresztą o genialnych zdolnościach antycypacji, połączonych z niegorszym zmysłem marketingowym i patriotycznym nerwem autorów. Nie przesadzę, gdy powiem, że powinniśmy upatrywać w Shmrodku szansy nie tylko na rozsławienie imienia Polski w świecie, sukces finansowy czy Bookera, ale także narzędzia budowania biało-czerwonej soft power, poprzez tworzenie na Zachodzie mody na wschodnioeuropejskość. Dzieło duetu zostało napisane w bardziej toporny, algorytmiczny – jak to określa Krzysztof Sztafa w posłowiu – sposób i przez to wydaje się mniej przyjazne w lekturze od Głosu…. W czym innym tkwi siła Shmrodka. Jest to książeczka tak piramidalnie głupia, bezsensowna, pełna dziwacznych i przegiętych konceptów, że jedyne, co nam pozostaje, to przekazać autorom najgłębsze wyrazy uznania za osiągnięcie szczytów (lub dna) absurdu.
Już barokowy tytuł wskazuje na główne tematy książki, a te z kolei zapowiadają, że będzie to parodia powieści o awansie spod znaku Didiera Eribona, jego akolity Eduarda Louisa czy J.D. Vance’a – książek swego czasu w Polsce modnych i poczytnych. I rzeczywiście, autorzy ogrywają ten schemat, zbierając elementy standardowej historii o wspinaniu się po drabinie społecznej. Wszystko jest tu zrobione po bożemu. Pierwszoosobowy narrator – Shmrodek we własnej osobie – opowiada nam o swoich doświadczeniach w walce o awans klasowy. Rozpoczyna oczywiście od portretu patologicznej rodziny, wskazując na wstyd i poczucie poniżenia związane z takim pochodzeniem, ale także na świadomość tego, że żyje w cieniu międzypokoleniowej traumy. W jego żyłach płynie wszak krew pańszczyźnianego chłopa. Mimo to bohater się nie poddaje i wbrew otoczeniu pragnie wygrzebać się ze społecznego rynsztoku, w którym się urodził. Aby tego dokonać musi zdobyć trochę kapitału – zaczyna od kulturowego, rzecz jasna, bo nie jest aż tak roszczeniowy. Śledzimy jego – niemalże syzyfowe – prace samokształceniowe: zaczyna od nauki alfabetu, po czym przyswaja garść lektur i poczet władców Polski aż po Andrzeja Dudę. Jednak książką, która ostatecznie go ukształtowała jest Historia filozofii po góralsku Józefa Tischnera. Każdy, kto się z tym głębokim niczym Morskie Oko dziełem zetknął, przyzna, że wywiera ono piorunujące wrażenie. Mamy również gwóźdź programu, czyli spotkanie z mentorem, a właściwie mentorką. Jak w Powrocie do Reims Eribon swojego Bourdieu, a w Zmianie Louis swojego Eribona, Shmrodek również spotyka swój autorytet – madame Olgę Tokarczuk (choć bohaterka nie chce być tak nazywana, to nie ośmielam się pisać inaczej). Mobilizuje ona Shmrodka do działania, pokazując, że jeżeli jej się udało, to uda się i jemu – wszak z tej samej gliny są ulepieni.
Drogę wzwyż wieńczy – zgodnie z imperatywem brania życia za rogi – spieniężenie trzech bitcoinów odnalezionych na komputerze kuzyna przy pomocy dobrodusznej noblistki (za naprawdę niewielką prowizją). Bohater zostaje rentierem i wreszcie może się obijać. I na tym polega cała przewrotność Shmrodka – o awansie klasowym można mówić dopiero, gdy dokona się skok na drabinie materialnej, a nie kulturowej czy symbolicznej. To proste – za erudycyjne popisy nie wynajmie się mieszkania, a znajomość łacińskich sentencji nie wyczaruje żarcia w garnku. Nieważne, ilu Proustów, Joyce’ów i Mannów uciuła się na czytelniczym koncie, ostatecznie o naszej pozycji klasowej decyduje stary dobry das Kapital.
Autorzy wplatają w opowieść również całą gamę stereotypów dotyczących polskiej prowincji. Rodzinka Shmrodka to np. takie podkręcone „pięćsetplusy” z marzeń lub koszmarów mieszkańców Wilanowa: ojciec na zmianę pije i szcza pod siebie, matka zawodowo zbiera ziemniaki, a zaniedbana siostra ginie zagryziona przez karalucha. Jedynie babcia w specyficzny sposób troszczy się o wnuka, nawet po śmierci ludzkiej powłoki i zamianie w – jak to przecież od zarania dziejów na Słowiańszczyźnie bywa – wampira.
Cała opowieść została tak skonstruowana, aby satyrycznie uwypuklić i obśmiać przekonania stanowiące credo literatury zwrotu ludowego. W ten sposób autorzy obnażają stojące za nią: niepodważalny prymat indywidualnych tożsamości względem świadomości klasowej; myślenie o podziałach społecznych w kategoriach kapitału kulturowego, a nie ekonomicznego; windowanie empatyczności do poziomu najwyższej cnoty i jedynej słusznej postawy pisarskiej; wreszcie podtrzymywanie neoliberalnych mitów o omnipotencji jednostki. Brzmi poważnie, ale tak naprawdę takie nie jest. Matwiejczuk i Żurek wszystko mielą bowiem przez żarna absurdalnego humoru rodem z naprawdę odległych rejonów internetu. Mała próbka – Shmrodek po odgrzebaniu bitcoinów dzwoni do Olgi Tokarczuk:
I shouted to phone „FUCKIN TREE BITCOINS” (because of my nerves I mispronounced some words) and she answered happily: „You fucked a tree? That sounds great! But you previously asked for consent, right?”
Kolejnym czynnikiem podkręcającym „najgorszość” książki są zabiegi sztucznie wydłużające tekst. Czasem współgrają one z przewrotnością ideową opowieści, jak ciągnący się przez kilka stron alfabet czy lista lektur szkolnych mało subtelnie wskazujące na gromadzenie przez bohatera kapitału kulturowego. Innym razem swoją dziwacznością mają pogłębić wrażenie obcowania z czymś niewiarygodnie złym i głupim – taką funkcję pełnią np. katalogi synonimów wódeczki i innych narkotyków czy teksty Trapczanu Żabsona i mam na twarzy krew i tym razem nie jest sztuczna Chivasa i White 2115 (wraz z tłumaczeniami na angielski). To wszystko – w połączeniu z niewybrednym komizmem – sprawia, że stylistycznie Shmrodkowi najbliżej do pasty. W sposób oczywisty taka forma stępia ostrze satyry, zamieniając całość w zgrywę, ale skłania też do postawienia pytania, które zresztą w równej mierze odnosi się do obu utworów: po co to wszystko?
Autorzy przecież doskonale zdają sobie sprawę, że nie trafią pod strzechy ani nie wywołają szerzej zakrojonej dyskusji. Ani nie zmienią świata, ani tym bardziej Olgi Tokarczuk. Dlaczego w takim razie się męczyli? Bo raczej nie skusiło ich 120 złotych nagrody. Tu w sukurs przychodzi nam punkt 2. regulaminu plebiscytu: „Konkurs organizowany jest w celu popularyzacji literatury jako beztroskiej przygody”. Ot, wszystko. Ostatecznie chodzi o to, żeby się pośmiać, spuścić z tonu, pozwolić sobie na luz i dystans względem wszelkich przeklętych problemów. Autorom się to do pewnego stopnia udało i muszę przyznać, że kilka razy się wyszczerzyłem, a nawet parsknąłem śmiechem czy to śledząc perypetie bohaterów, czy podziwiając inwencję w osiągnięciu minimum czterdziestu stron maszynopisu, czy też wreszcie czytając na zmianę wszystkie prostackie i suche żarty. Jednak cały czas pod szczerą radochą tliły się iskierki poważniejszej przekminy. Co ja poradzę, że panowie autorzy tak trafnie wskazali na szereg problemów z dominującym w polskiej literaturze sposobem opowiadania o klasie? Może to moje polonistyczne zboczenie, a może po prostu nastały takie czasy, że żadna przygoda nie może być w pełni beztroska i każdą zabawę zagłusza skrzek rzeczywistości.
Jan Sroka (ur. 2000) – studiuje polonistykę na UW. Członek Kwadratu Literatury i Krytyki Najnowszej. Warszawiak, ale pochodzenia chłopskiego.