ilustracja: Tomek Paszkowicz
W sidłach boczniaka
ALEKSANDRA JAWOREK
W sidłach boczniaka
Simonka przesunęła palcem po farbie i paznokciem zebrała szary nalot. Ścianę przy oknie znowu zaatakowała wilgoć. Nie patrząc, wytarła rękę o spodnie. Mieszkanie pachniało jak piwnica po powodzi — mineralnie, gęsto — ale z kuchennymi akcentami: kwaskowatymi fermentacyjnymi wydzielinami z obierek marchewki, które przerabiały się w pulpę na dnie worka, i tym specjalnym smrodem dyskontowej papryki, jej białą pleśnią gęstą jak katar. Słodkawo, ciężko, organicznie — zapach chętnie osiadał na ścianach, włosach i rozcieńczał się w płucach. Już tego nie czuła, dopóki nie wracała z zewnątrz. Wtedy przez chwilę stała w progu i łapała tę woń pełnymi płucami, zanim rozpływała się w powietrzu. W kącie przy kaloryferze odchodziła listwa. Nocami słyszała, jak coś tam stuka – może drewno pracuje, może nie. Usiadła na podłodze, plecami do kanapy. Miała bez powodu napięte ramiona. Zaciśnięte szczęki. Czuła ciasno skręconą śrubę gdzieś za mostkiem. Serce pulsowało w rytm niewyrażonej potrzeby, pragnienia czegoś żywego, czegoś, czym mogłaby się zaopiekować. Kot zdechł w lutym. Rośliny wyschły wcześniej, bo zapominała o podlewaniu. Teraz nie było w tym mieszkaniu nic, czego śmierć by ją obchodziła, i to było najgorsze – ta łatwość, z jaką wszystko tutaj umierało bez konsekwencji.
Jak nie będę miała obowiązku – pomyślała – to coś we mnie pęknie.
Nie wiedziała co dokładnie. Ale wiedziała, że to prawda. Otworzyła telefon, wpisała w wyszukiwarkę: uprawa w domu, łatwe, bez światła. Pierwsza reklama: starter boczniaków. Gotowa grzybnia, wystarczy spryskiwać. Efekty po pięciu dniach.
Zamówiła.
Zamknęła telefon i pierwszy raz od tygodnia poczuła spokój.
Paczka przyszła we wtorek. Simonka rozcięła taśmę kuchennym nożem i przez folię poczuła ciężar – za duży jak na objętość. Wilgotny ładunek w środku naciskał na ścianki opakowania, zatrzymując wodę pod ciśnieniem. Blok podłoża wyglądał jak narząd wewnętrzny. Brązowy, zbity, lśniący w miejscach, gdzie folia przylegała zbyt ciasno. Pachniał ziemią po deszczu i próchnicą — głęboką, piwniczną, zapachem wnętrza drzewa. Organicznie. Simonka wzięła go w obie dłonie i poczuła przez skórę, że to nie jest martwa materia. W bloku życie pracowało cicho, metodycznie, na poziomie, którego oczy nie rejestrują.
Postawiła go na parapecie przy oknie od podwórza. Tam, gdzie światło było szare i równe, bez ostrych krawędzi. Spryskała i cierpliwie czekała. Trzeciego dnia je zobaczyła: małe białe guzki, wypchnięte z powierzchni jak pęcherze pod skórą po noszeniu ciasnych butów. Wypustki wielkości łepka od szpilki, miękkie, matowe. Dotknęła jednej opuszkiem palca i poczuła opór – nie twardość, lecz elastyczną sprężystość. Jak chrząstka przy płatku ucha. Zrobiło jej się niedobrze, ale nie odciągnęła ręki. Obserwowała je rano przed wypiciem kawy, stojąc boso na zimnych płytkach. Rosły wolno – tak wolno, że żaden pojedynczy moment nie przynosił zmiany. A jednak każdego dnia były większe. Pęczniały napędzane z wewnątrz, ciepłe i systematyczne. Białe przechodziło w kremowe, trzony nabierały gęstości, kapelusze zwijały się jeszcze w ciasne rulony, wilgotne i ślepe. To był wzrost bez ambicji. Bez świadomości. Czyste, tępe parcie ku górze. Simonka przychodziła do nich kilka razy dziennie.
W blaszkach mieszkały Miękkie. Nie miały imion, bo imię wymagało konturów, a one konturów nie miały. Miękkie były przetłuszczone, zbyt duże na zajmowaną przez nie przestrzeń – rozlewały się na sąsiadów bez złośliwości, a po prostu dlatego, że nie umiały się zatrzymać. Simonka widziała je pod lupą jako nagromadzenie fałd, wilgotnych, zbyt blisko siebie, ocierających się bezwiednie. Pachniały kwaśno, słodkawo, przechowywanym ciałem w zamkniętym pojemniku. Kiedy dojrzewały, nie twardniały – robiły się tylko bardziej napuchnięte, aż brzeg kapeluszy zaczynał się rozsypywać na podłoże jak mokry papier. Poruszały się leniwą perystaltyczną falą. Cofały własne krawędzie, jakby zrzucały ramiona ze zmęczenia i czekały, aż grawitacja zapracuje za nie. Rano skupiały się wokół górnego rogu blaszki, odsłaniając porośnięty włoskami spód — gęstą, szarą tkankę. Po południu rozpływały się z powrotem w dół, przysypiając się nawzajem, rozlewając między szczeliny. Rozmnażały się przez pęknięcia. Kiedy jedna z nich rosła zbyt szybko, jej skóra pękała i ze szpar wysączał się mleczny płyn, w którym rodziły się nowe, jeszcze mniejsze Miękkie. Simonka obserwowała to z uczuciem nieprzytomności. Były żywe w dotąd nieokreślony sposób. Były rodzicielem i dzieckiem, były wzrostem bez kierunku, były potrzebą bez celu. Żyły bez oporu. Bez skargi.
W trzonie mieszkał Ktoś Inny. Simonka nie umiała ich nazwać w liczbie mnogiej – czuła, że to jeden byt, powielony w każdym trzonie osobno. Zwarty, pionowy, naprężony od wewnątrz, jak człowiek od lat chodzący z zaciśniętymi zębami i uważający to za kręgosłup. Przy podstawie nosił pleśń – śnieżnobiałą, przylegającą, starannie utrzymaną jak futro. Nie wstydził się jej. Była jego oznaką, dowodem, że coś przeżył i że to przeżycie go pokryło. Odpychał palec Simony. To było w nim najważniejsze – opór, suchy, zdecydowany, bezwzględny. Pod mikroskopem widziała, jak jego komórki układają się równolegle, ciasno, bez przestrzeni na przypadek. Były jak regiment żołnierzy, każda na swoim miejscu, każda napięta do granic możliwości. Żył metodycznie i uważał metodyczność za cnotę, i pewnie miał rację, i to było w nim najbardziej nieznośne. Rano wysysał wodę z podłoża z matematyczną precyzją, zawsze tą samą ilość, zawsze w tą samą godzinę. Jego komórki pracowały jak zegarek: rozciągały się, kurczyły, ponownie rozciągały. Nie było w tym wahania. Rósł w górę z uporem sprawiającym, że każdy milimetr trzonu krzyczeć będzie z wysiłku, choć na powierzchni pozostawał nieruchomy. Napinał się pod kapeluszem jak mięsień nieodpuszczający podczas treningu.
W grzybni nie mieszkał nikt – albo mieszkali wszyscy, których nigdzie indziej nie przyjęto. Bezkształtni, rozmoczeni, bez kierunku, który można by nazwać decyzją. Simonka znajdowała ich w szczelinach między owocnikami, przy samym dnie bloku, gdzie materiał był nasycony wodą ponad miarę. Ich fermentacja – słodka, lekka, a jednocześnie intensywna, starała się zapachem zastąpić realną, świadomą obecność. Pod mikroskopem poruszali się powoli i wypełniali każdą przestrzeń uznaną za bezwartościową przez inne struktury. Przesączali się przez szpary jak ropa, zostawiając lepkie, przezroczysto-błyszczące trasy. Nie walczyli o terytorium, bo terytorium ich nie interesowało. Wsiąkali. Byli wszędzie tam, gdzie nie było nikogo. Simonka patrzyła na nich najdłużej.
Zapisała w zeszycie: czy odrzutek to ten, kto nie chciał, czy ten, którego nie chciano?
Przekreśliła nie.
Straciła rachubę czasu i przestała się myć. Mieszkanie oddychało intensywniej niż ona sama. Ściany były teraz stale mokre przy oknach, zielony nalot rozszedł się od futryn ku środkowi pokoju, miękki i regularny jak tapeta, którą ktoś zaplanował. Sufit w kuchni zmienił kolor na brązowawy, ciepły, organiczny. Powietrze miało gęstość – nie dało się go wdychać płytko, wchodziło głęboko i zostawało. Simona siedziała przy mikroskopie w tym samym swetrze co tydzień temu. Skóra na rękach była sucha i łuszczyła się przy knykciach – zdejmowała te płatki i kładła je na podłoże. Grzybnia przyjmowała wszystko. Patrzyła na swoje dłonie i widziała blaszki. Nie jako metaforę – widziała dosłownie: skóra była za miękka, zbyt chętna do fałdowania, do rozchodzenia się pod naciskiem. Przy nadgarstkach rysowały się żyłki błękitnawe i gęste jak nitki grzybni. Pomyślała, że może to ta sama sieć, tylko głębiej, tylko zakryta czymś, co nazywało się ciałem, ale mogło się nazywać inaczej. Trzonu w niej nie było – wiedziała to od dawna. Przyłożyła policzek do powierzchni bloku. Był chłodny i wilgotny, lekko chropowaty – czuła go całą twarzą, każdym porem. Pachniał próchnicą i fermentacją, czymś przytulnym pod spodem, czymś, co nie miało nazwy, ale miało temperaturę. Zamknęła oczy. Pod powiekami widziała polis: stare miasto, port, przedmieścia. Blaszki rozlewające się bez przeproszenia, trzony odpychające świat opancerzoną metodycznością, grzybnia wsiąkająca między wszystkich niechcianych. I gdzieś w tej sieci – własne włosy, skórki paznokci, złuszczona skóra, odcisk palca w soli.
Już tam była od jakiegoś czasu.
Grzybnia wiedziała to wcześniej niż ona.
Aleksandra Jaworek (ur. 2002) – w czytaniu oraz pisaniu odnajduje przestrzeń, dzięki której poznaje bądź konstruuje czyjąś perspektywę i jednocześnie staje się bardziej sobą.
Tomek Paszkowicz (ur. 1997, Koszalin) – artysta wizualny. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, kształcąc się m.in. pod kierunkiem Anety Grzeszykowskiej, Dominiki Olszowy, Mirosława Bałki i Jana Mioduszewskiego. W swojej praktyce bada relacje między środkami produkcji, pracą kolektywną a narzędziami dystrybucji informacji i opinii. Interesuje go rola odbiorcy w strukturze zależności kształtujących współczesne pole sztuki oraz potencjał sztuki jako narzędzia zmiany społecznej. Swoje prace prezentował m.in. w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku oraz Galerii Łęctwo. Jego prace znajdują się w kolekcjach publicznych i prywatnych w Polsce i za granicą.