ilustracja: Rosemary
Ulica Żółtego Błota (fragment)
CAN XUE
Gdzieś w tym mieście znajduje się ulica Żółtego Błota, pamiętam to doskonale. Ale wszyscy powtarzają, że taka ulica nie istnieje.
Poszedłem jej szukać, brodziłem w żółtym pyle, deptałem zakurzone ludzkie cienie, poszedłem szukać ulicy Zółtego Błota.
Pytałem przechodniów:
– Czy to ulica Żółtego Błota?
Wpatrywali się we mnie oczami martwej ryby, ale nikt nie odpowiadał.
Mój cień wlókł się po rozgrzanym asfalcie, gałki oczne utknęły mi w wysuszonych słońcem oczodołach jak szklane kulki. Ja również miałem oczy jak u martwej ryby, z trudem rozpoznawałem ludzkie sylwetki.
Doszedłem na ulicę ze zrujnowanymi domami, gdzie na poboczach leżeli żebracy. Pamiętam, że pajęcza sieć zwisała ze zniszczonej futryny. Ale żebrak powiedział:
– Czerwony pająk? Który rok teraz mamy?
Z włosów wyleciała mu wielka jak chrząszcz zielono- głowa mucha.
Czarny popiół leciał z nieba jak z kosza na śmieci, był kwaśny, smakował jak biseptol. Z naprzeciwka nadbiegło dziecko i wydłubując popiół z nosa, powiedziało:
– Dwoje ludzi zmarło na raka, o tam. Poszedłem za nim, zobaczyłem żelazne drzwi podziurawione rdzą, u góry, na ostrych szpikulcach, siedziały rzędem wrony, wiercący w nosie smród gnijących trupów unosił się w powietrzu. Żebracy zasnęli, a we śnie zlizywali i połykali kwaśny popiół. Sen, sen jak zielony wąż, łagodnie i chłodno zwisał z moich ramion.
O ULICY ŻÓŁTEGO BŁOTA I FABRYCE MASZYN S
Ulica Żółtego Błota była długa i wąska. Po obu jej stronach pochylały się stłoczone domki o najróżniejszych kształtach – z glinianych cegieł lub z drewna, pokryte strzechą lub dachówkami, z trzema oknami lub z dwoma oknami, z drzwiami od ulicy lub bez nich, ze schodkami albo bez schodków, z ogródkami albo bez ogródków i tak dalej. Każdy z nich nosił jakąś na-zwę, na przykład „Skład wina rodziny Xiao”, , „Sklep
z kadzidłami rodziny Luo”, „Wielka herbaciarnia rodziny Deng”, „Mała makaroniarnia rodziny Wang” i tak dalej. Sądząc po szyldach, mieszkańcom ulicy chyba się niegdyś powodziło. Ale ich pamięć obecnie przypominała ich domy – była do tego stopnia dziurawa i zmurszała, że nikt z nich nie pamiętał dawnych dobrych czasów.
Ulica Żółtego Błota lepiła się od brudu, ponieważ z nieba nieustannie spadał smoliście czarny popiół. Nie wiadomo, skąd się brał, zdawał się padać cały czas, przez cały rok, nawet deszcz padał czarnymi kroplami. Domki wyglądały, jakby wyrosły spod ziemi, i od góry do dołu były tak pokryte błotem i popiołem, że z trudem dało się zauważyć okna. Przechodnie stale chowali się przed lecącym z nieba popiołem, przez który mieszkańcy ulicy Żółtego Błota mieli zaczerwienione oczy i utrzymujący się przez cały rok kaszel.
Mieszkańcy ulicy Żółtego Błota nie wiedzieli, że niebo może mieć różne kolory – od lazurowego czy błękitnego do srebrnoszarego albo ogniście czerwonego, ponieważ nad ich głowami zawsze wisiała taka sama płachta – szara, lekko podbita żółcią, w barwie spłowiałych od upływu lat żagli.
Mieszkańcy ulicy Żółtego Błota nigdy nie widzieli dostojnego splendoru zachodu ani majestatu wschodu, w ich małych zamglonych oczach słońce było tylko żółtą piłeczką, która pojawia się i znika, zawsze taka sama. Mówili jedynie: „dzisiaj wyszło słońce” albo „dzisiaj nie ma słońca”, albo „dzisiaj mocno świeci”, albo „dzisiaj świeci tak sobie”. Jednak w apogeum lata, kiedy na zewnątrz buchało żarem, a wnętrza domów przypominały koszyk do gotowania na parze, syczeli przez zaciśnięte zęby: „Spali nas na larwy”.
Na ulicy Żółtego Błota kochano sprzedawać przejrzałe owoce. Z niewyjaśnionych przyczyn stawały się takie od razu po przywiezieniu – przejrzałe jabłka, przejrzałe gruszki, przejrzałe mandarynki, przejrzałe brzoskwinie, przejrzałe pomarańcze, przejrzałe winogrona… wszystkie. Nad ulicą Żółtego Błota przez cały rok unosił się uwodzicielsko słodki zapach nadgniłych owoców, aż przechodniom ciekła ślina. Mieszkańców nie było stać na owoce, nawet na te nadpsute, i kiedy jakieś dziecko głośno domagało się kupna, straszyli: „Od jedzenia przerzałych owoców dostaje się raka!”. Ale pomimo strachu przed chorobą od czasu do czasu kupowali jakieś i zaspokajali apetyt.
Na ulicy Zółtego Błota mieszkało wielu ludzi, więc dużo było tam i śmieci. Dawniej wrzucano je do rzeki, w jej szybkim nurcie wszystko natychmiast znikało i na ulicy panowała czystość. Pewnego dnia, podczas ulewy, jakaś stara baba skorzystała z tego, że nikt nie patrzył, i wysypała szufelkę popiołu z węgla przed drzwiami restauracji, mówiąc: „Nikomu krzywdy nie zrobi”. Jej pionierski wyczyn przyciągnął uwagę i natychmiast znalazł naśladowców. Nikt nie widział czynów, ale wszyscy zauważyli efekty. Śmieci piętrzyły się coraz wyżej, aż powstała z nich mała góra. Zaczęło się od popiołu i żużlu, ale potem pojawiły się resztki warzyw, zniszczone buty, potłuczone butelki, dziecięce kupy. Podczas deszczu cuchnąca czarna woda spływała ulicą prosto pod czyjeś drzwi, a właściciel przeklinał na całe gardło: „Teraz mój dom robi za śmietnik! Mordują bez rozlewania krwi! Świetnie! Jutro idę do urzędu i składam skargę!”. Ale kiedy niby miał to zrobić? Każdego dnia nie wiedział, w co ręce włożyć, i w bieganinie zapominał o złożeniu skargi.
Przypominał sobie o niej dopiero przy kolejnej ulewie, ale i wtedy oczywiście nigdzie nie szedł, bo coś zawsze stawało mu na drodze.
Mieszkańcy ulicy Zółtego Błota nie grzeszyli odwagą, ale lubili koszmary senne i codziennie opowiadali innym, co im się przyśniło, jak straszny to był sen, co hałasowało po nocy, jaki przerażający omen ujrzeli, opowiadali, aż bledli ze strachu, a oczy wychodziły im z orbit. Podobno pewnemu człowiekowi przyśnił się koszmar, o którym nieustannie opowiadał przez kilka dni, i kiedy robił to po raz kolejny, nagle zesztywniał i upadł bez tchu na ziemię.
Dopiero sekcja wykazała, że pękł mu woreczek żółciowy. „Nie wolno dusić w sobie!” Baby z palcem w górze ostrzegały: „Jak się człowiek wygada, to mu lżej!”.
Mieszkańcy ulicy Zółtego Błota lubili zastawiać „pułapki” na złodziei, jak twierdzili. Jednak zawsze, ale to zawsze wpadali w nie sami. Na przykład Stara Qi wieszała nad framugą czajnik z wrzątkiem. Raz otworzyła drzwi, chlusnęła na nią woda i do dziś nosi wielką bliznę na nodze.
Zwierzęta z ulicy Żółtego Błota dostawały wścieklizny. Koty, psy żyły sobie, rosły, rosły i nagle, buch! wścieklizna, wariackie bieganie i gryzienie kogo popadnie. Kiedy jakiś kot czy pies się wściekł, wszyscy ryglowali drzwi i nikt nie śmiał wyjść na ulicę. Ale bydlęta zawsze wyskakiwały z najmniej spodziewanych miejsc i robiły coś strasznego. Raz pewien wściekły pies jednym chapnięciem ugryzł dwoje ludzi, bo stali blisko siebie i dotykali się nogami.
Mieszkańcy ulicy Żółtego Błota lubili się grubo ubierać, nawet latem często nosili watowane kurtki, mówiąc, że ubrania bez podszewki są „zbyt przewiewne”, czują się w nich „niepewnie” i lepiej się „ukisić, niż złapać jakieś choróbsko”. A jeśli już jakieś się przydarzy, to wystarczy się wypocić. Latem pewnego dziadka strasznie swędziały plecy, kiedy zdjął waciak, okazało się, że pod podszewką wyhodował mnóstwo larw, które wypełzały na zewnątrz. Dziadek żył długo, ponad osiemdziesiąt lat. Za każdym razem, kiedy zgrzane dziecko chciało zdjąć watowane ubranie, dorośli wrzeszczeli: „Śmierci szukasz! Życie ci niemiłe?!”.
Mieszkańcy ulicy Zółtego Błota rzadko chodzili do miasta, niektórzy wręcz nigdy. Mówiono, że na początku nie istniało, była tylko ulica Żółtego Błota, dlatego większość mieszkańców na niej się urodziła, wychowa-ta i nie miała żadnych związków z miastem. Na przykład Stary Hu Trzeci przez całe życie ani razu nie był w mieście. Kiedy ktoś o tym wspomniał, ciemniały jego stare brązowe oczy, jak we śnie wycierał paprochy z kącików i mówił: „Dawno temu z nieba spadały same dobre rzeczy, rynsztokami płynęły kawały dobrego tłustego mięsa. Wystarczyło je złowić i były twoje! W każdym domu hodowano wielkie karaluchy, które jak ludzie siadały do stołu do jedzenia… Czemu mnie pytasz? Co myślisz o przyszłości buntowników?”.
Mieszkańcy ulicy Zółtego Błota ciągle spali, nie wiadomo, ile lat przespali. Otwierali drzwi, dopiero kiedy słońce wisiało wysoko na niebie, tarli zaspane półprzymknięte oczy, przerażająco szeroko otwierali usta i ziewali na cały głos: „Aaa…’ .”. Jeśli przechodził ktoś znajomy, pozdrawiali go, mamrocząc: „Ale wcześnie… dzień… dobry…! Dobranoc…” – jakby mówili przez sen. Drzemali przy śniadaniu z rytmicznie opadającą głową. Czytali stare książki o zszywanych grzbietach, ale oczy same im się zamykały, książki wypadały z rąk, więc dawali sobie spokój z czytaniem, siedzieli i chrapali. Drzemali również w ubikacji, kupa zrobiona i koniec spania. W kolejce po bułki baozi nagle wpadali na osobę stojącą przed nimi, podrywali się i przestraszeni znów się prostowali. Kiedy jakaś jędza darła się na ulicy, przeklinała, dopóki z napięcia nie ziewnęła raz, potem drugi i trzeci i w końcu każdemu przekleństwu towarzyszyło tupnięcie i ziewnięcie.
Jak można było nie być sennym? Wiosenne słoneczko, jesienna rześkość, krótkie letnie noce czy zimowy dzień niezdatny do niczego – każda pora roku dostarczała powodu do drzemki. Albo po prostu spano do południa, żeby zaoszczędzić na jednym posiłku, a mniej jedzenia to i mniej energii.
Na całej ulicy, czy w domach, czy na zewnątrz, wszyscy na siebie wpadali, potrącali się i wymijali i tak schodził im cały dzień. Wzdychali: „Ale ten czas pędzi!”. I rzeczywiście, słońce znów chowało się za strzechą walącej się chałupy Wang Sima, jak to możliwe, że na ulicy Żóltego Błota dzień mijał tak szybko? W okamgnieniu! Nawet nie zdążyłeś o tym pomyśleć! Tak jakby w trakcie jednego snu mijała cała pora roku.
Nie byto rady, ulica Żółtego Błota znów zapadała w sen, zamykały się drzwi domów, w niektórych paliły się małe lampki, u innych były zupełnie ciemne okna. Z nastaniem dziewiątej gasły wszystkie światła. Kiedy zamykało się ostatnie maleńkie oko, cała ulica zdawała się niknąć z obrzeży miasta, stawała się nieznajdywalna.
Na końcu ulicy Żółtego Błota, zaraz za domami mieszkalnymi, stała fabryka maszyn S. Fabryka maszyn S była jedynym dzieckiem ulicy Żółtego Błota. Fabryka maszyn S była jedynym, co w oczach innych ludzi mogłoby podnieść wartość ulicy Zółtego Błota.
W zakładzie pracowało około pięciuset, sześciuset robotników, większość z nich mieszkała na ulicy Zółtego Błota.
Co produkowała fabryka maszyn S? „Stalowe kule” – odpowiadali ludzie. Co dwa tygodnie z fabryki wywożono kilkadziesiąt skrzyń załadowanych czarnymi przedmiotami. Do czego służyły te kule? Nikt nie potrafił odpowiedzieć. Gdy drążyłeś, ludzie mierzyli cię wzrokiem od stóp do głów i podejrzliwie pytali: „Czy przysłał cię ktoś z góry?”
Jeśli natychmiast nie odszedłeś, dociekali: „Co myślisz o racjonalnym zarządzaniu? Czy należy nadal stosować tradycję starych baz rewolucyjnych?”. Nie przestawali, dopóki nie odwróciłeś się i nie uciekłeś z głową pełną zamętu.
Nikt nie znał historii fabryki maszyn S.
Stała od zawsze na końcu ulicy.
Fabryka maszyn S urodziła się na ulicy Żółtego Błota, jej mieszkańcy wspominając o niej, zawsze mówili:
„Nasza fabryka to kawał dobrego, tłustego mięcha, zagranicznych diabłów od samego patrzenia boli, że nie mogą go połknąć; nasza fabryka od dawna ma dojścia do władz, nas, ludzi z fachem w rękach, będą wozić autami z ulicy i na ulicę; nasza fabryka jest wspaniała, mamy sześć potężnych hal, a ryk naszych strugarek raz wystraszył staruszkę na śmierć; miastowi kopią tunele żeby zniszczyć fundamenty naszej fabryki..”, i tak dalej, i tak dalej.
W rzeczywistości fabryka za zardzewiałą bramą nie robiła specjalnego wrażenia. Tylko jeden budynek biurowy był nowy, ale i tak pokrywał go czarny pył i zasnuwały pajęczyny. W środku wiecznie cuchnęło kiblem. Sześć mrocznych hal służyło dawniej jako budynki mieszkalne z małymi oknami, które wyglądały jak oczy duchów. Zwisały z nich konopne sznury oblepione girlandami kurzu. Kiedy maszyny zaczynały pracować i z rykiem wstrząsały powietrzem, farfocle pyłu spada-ły, wirując jak puszki z topoli.
Przy bramie znajdowało się bajorko, ludzie nazywali je stawem Krystalicznej Wody, ale nie miało to żadnego związku z rzeczywistością – na powierzchni straszliwie śmierdzącej czarnej cieczy unosiła się warstwa oleju silnikowego. Na brzegach leżały stare szmaty i żelazne rupiecie, które zalegały także na dnie. Nikt nigdy nie widział ryby w tej martwej wodzie, nie były w stanie tam przetrwać nawet larwy komarów. W stawie zazwyczaj dryfował martwy kot lub ptak, skąd się tam brała padlina? Nie wiadomo, nigdy nie było świadków. Kiedy w wodzie pojawiało się nowe truchło, pracownicy fabryki S gromadzili się na brzegu i dotąd debatowali, dokąd nie zaczęli się rozglądać wokół, nie poczuli się nieswojo i gdy ktoś, jakby dodając sobie odwagi, krzyknął: „Ta przeklęta pogoda! Jak to się stało!”. I wszyscy szybko się wtedy rozchodzili pod jakimś pozorem.
Przy tylnej bramie stało kilka wzniesień, podobno dawniej znajdował się tam ogród, ale nie rosły tam ani żadne kwiaty, ani drzewa, jedynie leżała sterta połamanych i porośniętych mchem cegieł i dachówek, na które wiatr przenosił strzępy papierzysk i śmieci. Niekiedy pojawiały się wróble, ale nie zagrzewały długo miejsca. Nadal u stóp jednego z wzniesień widoczny był ślad wielkiego dołu zasypanego ziemią. Zakopano w nim niegdyś szkielet i do dziś, z nieznanego powodu, ludzie widywali, jak pomiędzy pagórkami unosił się błędny ognik, jasnozielona i nadzwyczaj jasna kula ognia, która świeciła tak mocno, jakby przechadzał się człowiek z lampionem w ręku. Dlatego nocą nikt nie śmiał się tam zapuszczać. Raz tylko Liu Tiechui założył się o pięć juanów, ale w połowie drogi wystraszył się i zawrócił.
Przy halach leżały sterty niedbale porzuconych rzeczy, o których natychmiast zapominano. Zniszczone łoże obrabiarki, perforowany stół jakiejś maszyny, stos zardzewiałych zniszczonych kul, ileś par popsutych kombinerek, kupa do połowy zakopanych kawałków stali pokrytych grubą warstwą kruchej rdzy, które na słońcu i deszczu powoli łączyły się w całość z ziemią.
Ludzie uważali, że ostatecznie te wszystkie przedmioty całkiem się rozłożą, więc zadowoleni dali sobie spokój ze sprzątaniem.
Fabryka maszyn S zwykła huczeć i dymić noce i dnie, wypluwając z siebie dziwaczne stalowe kule. Mieszkańcy ulicy Zółtego Błota przez okrągły rok słyszeli huk od przebudzenia do uśnięcia i traktowali go jako coś naturalnego. Gdyby zbudzili się w nocy i nie usłyszeli znajomego hałasu, z pewnością łamaliby sobie nad tym głowę.
Była sobie ulica Żółtego Błota.
A na ulicy była fabryka maszyn S.
Przez cały rok wszędzie unosił się popiół. Wyrastały na nim maleńkie niebieskie kwiatki – dziwne i rzucające się w oczy.
Dachy domów ciągnęły się rzędami jak zniszczone parasole, o zachodzie słońca przelatywały nad nimi stada nietoperzy.
Och, ulica Żółtego Błota, ulica Żółtego Błota, miałem sny, sny tak chwytające za serce, tak melancholijne, tak niespójne! We snach zawsze widziałem dziwaczną stalową bramę, zawsze widziałem w nich żółte, brudne niewielkie słońce. Nad bramą sterczały, nie wiadomo dlaczego, metalowe szpikulce, małe słońce zawsze wisiało w rogu szarego, zakurzonego nieba, lśniąc metalicznie złotym blaskiem śmierci.
Och, ulico Żółtego Błota, ulico Żółtego Błota, a może istniejesz wyłącznie w moich snach? Może jesteś tylko dygoczącym ze smutku cieniem?
Och, ulica Żółtego Błota, ulica Żółtego Błota…
© Copyright by Can Xue
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2023
© Copyright for the Polish translation by Katarzyna Sarek
Can Xue – właściwie to Deng Xiaohua. Chińska pisarka, wielokrotnie nominowana do literackiej Nagrody Nobla. Jej pseudonim oznacza powoli topniejący „brudny śnieg” lub najczystszy śnieg utrzymujący się na szczytach gór. Jej dzieła były tłumaczone m.in. na języki angielski, francuski, japoński, rosyjski i polski. „Ulica Żółtego Błota” jest jedną z jej najsłynniejszych nowel.