ilustracja: Nasta Martyn
Dwie historie ze spółdzielni mieszkaniowej
KONRAD TOMALIK
W tym domu…
Wisi nad wejściem, na takim kabelku, co na szczęście prądem nie kopie i służył pierwotnie jako fragment komunikacji ze światem, do którego można, a niekiedy, ktoś powie, nawet trzeba podłączyć dzwonek. Mniejsza z presją społeczeństwa, z tą ich chęcią dryndania do twoich drzwi w tematach konsumpcyjno-dupozawrotnych. Nad wejściem, na tym przebranżowionym w gwóźdź kablu wisi tabliczka, taka z drewna.
(INSTRUKCJA: przed przeczytaniem należy zamknąć się w pokoju, włączyć tryb samolotowy w telefonie, wyciszyć się, zrobić kilka wdechów, kilka wydechów, dopiero wtedy można przeczytać tabliczkę, potem kontemplacja, powrót do tekstu, ponowna kontemplacja, wdech, wydech i tak dziesięć razy)
Ci, którzy w tym
Domu bywają
To czego nam życzą
niech Sami mają.
Z początku mijałem tabliczkę bezrefleksyjnie, nawet zawieszona została bez refleksji. Niby po to, żeby osoba obdarowująca poczuła to zadowolenie, jaki wykurwiście trafiony prezent wymyśliła. Wtedy jeszcze jednak nie wiedziałem, że to wszystko zaplanowano gdzieś odgórnie. Przekora losu nosi w sobie wiele odmian, wiele wyroków boskich, które miały dopiero zostać zbadane.
W tym naprzemiennym jednak mijaniu z zerkaniem oraz mijaniu bez zerkania nie mija tydzień i nagle stoję w zerkaniu bez mijania. Literatura tabliczki bazarowej za dwa ziko trafia gdzieś w te moje wszystkie zawrotne myśli na temat trzeciej zasady dynamiki Newtona; w te wszystkie zęby, które są za inne zęby, oczy za inne oczy, czystki etniczne w wersji deluxe za partyzanckie bomby z gwoździ, papieru i butaprenu. Bo jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie i trafia to do mnie w istocie jeszcze z większą mocą, bo faktycznie Kuba się nazywam i w dodatku gość w dom, Bóg w dom, co stwarza nagle wiele sensu.
Jestem teraz spokojniejszy, już się tak nie obawiam jutra; tego, czy kiedykolwiek ktoś jeszcze spojrzy z pożądaniem na moje CV, czy na Bliskim Wschodzie skończą się wydurniać z tymi bombami, bo ludzie chcą jechać na wakacje, czy saldo na koncie będzie dodatnie. Bo wydzwaniają do mnie non stop, zazwyczaj serdeczna Pani z serdecznym zapytaniem, czy nie potrzebuję jakiejś malutkiej pożyczki, kredyciku, RRSO 9%, nie chce Pan? Mhm, rozumiem. Ale w głębi słuchawki zarówno ja, jak i Ona dobrze wiemy, że z tymi 126,68 zł daleko raczej się nie zajedzie.
Mimo wszystko jestem jednak spokojniejszy, bo kiedy Ci, którzy w tym domu bywają, to czego nam życzą, niech sami mają, to przynajmniej wiem, że kiedy wpuszczę do mojego domu jakichś faryzeuszy (a tak się też zdarzyć może), co to mi będą porządek świata burzyć, srać mi do bigosu i do życia, do kredyciku myślami mnie zapędzać, co ma jeszcze większe RRSO, tajne klauzule i szkodliwe zobowiązania, to wiem, że będą mieli dosrane równomiernie. Czasami nawet myślę, że odbija się to wtedy wykładniczo. Może nawet nie z podwojeniem, ale z wyraźną nadwyżką takiego złorzeczenia.
Może być jeszcze inaczej. Może tak naprawdę nigdy niczego nie otrzymuję i Ci, którzy w tym domu bywają, to czego nam życzą, niech sami mają i mają to wtedy tylko Oni, a ja tkwię nienaruszony. Moja chata to krypto-lampa-z-dżinem, gdzie spełniają marzenia tylko Ci z czystym serduszkiem i miłością wobec bliźniego.
Biorę pod uwagę te dwie opcje. Biorę też trzecią, bo kiedy co jakiś czas się zaczytam aż za bardzo, to widzę te pogrubione fragmenty, pojedyncze słowa, które razem tworzą Domu To Sami.
I o co chodzi w tym wszystkim? Tygodnie analiz, pustka, wszystko na nic. Może niektóre wyroki boskie nie mogą jednak zostać zbadane, ale przychodzi taki dzień, kiedy tak czytając, zwyczajnie odpuszczam. Niczego nie porywam, ale daję się porwać, nabieram dystansu i widzę, że Ci, którzy w tym bywają, czego nam życzą, niech mają.
Ale na tym się nie kończy. Na świecie są tęższe umysły ode mnie, umysły które na temat życzeniowości osób odwiedzających domostwa napisały pewnie doktoraty, więc wpisuję w Google tę grubą rozkminę z dopiskiem krytyczna analiza filetype:pdf, ale nic się nie wyświetla.
Trochę zrezygnowany klikam bezwiednie i wtedy trafiam na Google grafika.
Niektórzy Hindusi nazywają taki moment nirwaną.
Tydzień później jestem już tak spokojny, że każdy faryzeusz na świecie może mnie w dupę pocałować, bo jestem uzbrojony po zęby. Kiedy wstaję o szóstej rano, zazwyczaj zapominam o fundamentalnych sprawach, wchodzę do łazienki i zaraz Live Love Laugh przypomina o tym śmiechu jak głupi do sera, kochaniu nieprzytomnym i życiu bez przedrostka prze-. Wtedy też prawdziwie zaczynam dzień. Spotykam też na swojej drodze inne tabliczki, określam je jako dawki przypominające, żeby nie oszaleć doszczętnie. Jedna z nich to UWAGA!!! Dom wolny od owczego pędu za byle czym i byle gdzie. Dzięki temu już się nie przejmuję kwestią mojego CV, w ogóle niczym się nie przejmuję.
W salonie wisi jednak tabliczka, która uporządkowała na dobre moje życie domowe. Wprawdzie z drobnymi poprawkami, no ale ostatecznie niezbadane są wyroki boskie.
W naszym domu mówimy Kocham, Proszę,
Dziękuję, Przepraszam Nie odzywamy się tak długo, aż zapomnimy o sprawie
Lubimy Bawić się, Leniuchować, Bałaganić
Dajemy sobie Dużo miłości i czułości, buziaki
Zawsze wspieramy się, uśmiechamy się, przytulamy się,
Możemy liczyć na siebie,
Spełniać marzenia
Najważniejsza jest rodzina
Najgłośniejsze jest dziecko Jest cisza i spokój
Na klatce schodowej
Wychodzisz i czujesz zapach moczu, stoisz w oczekiwaniu na windę, widzisz plamę szczyn w kącie i zaczynasz się zastanawiać nad naturą tego, dlaczego piąte piętro, dlaczego akurat tutaj spośród katalogu dziesięciu innych przestrzeni podobnych w tym bloku, akurat zostaje wybrana ta, w której ty mieszkasz.
Logiczne rozwiązania:
Ktoś był pijany w trzy dupy na tyle, że nie chciał, że nie wiedział, ale no stało się to jakoś – Tajemnica twierdzy szyfrów (naziści też mogli brać w tym udział).
Ziomeczki ze schodów, które palą papierosy z prędkością jednego szluga na kwadrans, zapomniały o zasadzie: nie sraj tam, gdzie jesz.
Ktoś z premedytacją wjechał na piąte piętro, aby naszczać komuś na złość pod nosem, żeby ten smród tak się wżerał z dnia na dzień do momentu, aż ktoś się nie zlituje i nie posprząta tego.
I owszem, nigdy nie pachniało fiołkami na tym korytarzu, jeden taki nawijał kiedyś o szlugach i kalafiorach, ale to chyba była fantazja autora, bo nie wydaje ci się, aby w smrodzie szlugów można było poczuć jakikolwiek swąd obiadowych aktywności.
Mijasz tych gostków tytoniowych codziennie i czujesz jakiś sprzeciw co do tego procederu, nawet chcesz im zaproponować papierosy na baterie, co mniej smrodzą i (tego nie wiadomo) mniej szkodzą. Mieszkasz tu jednak dopiero pół roku i nie znasz hierarchii społecznej, kto tu jest bossem i ustala warunki, przemykasz obok jak pizdeczka, bo aż tak ci nie przeszkadzają te szlugi, a hipotetyczny wpierdol z okazji mieszania się w nie swoje sprawy – niestety już tak (chociaż kwestia ustalenia, co należy do twoich spraw, też stoi pod znakiem zapytania).
Koniec końców nie wydaje ci się, żeby to była ich sprawka: są zbyt sztywniutcy, zbyt prawilni na szczanie po kątach. Zapominasz o temacie. Mija tydzień, ktoś to zmywa, bo przecież wiadomo, że nie ty. Bo masz jeszcze jakąś dumę i godność i twoje rączki nie zniżą się do poziomu dbania o dobro komunalne. W międzyczasie, aby oddalać od siebie fatum wpierdolu, aby nie popełnić jakiegoś faux-pas, nie urazić tych dżentelmenów, nie spojrzeć się przypadkowo na jednego krzywo, nie urazić śmiertelnie, przychodzisz tam na schody, zaczynasz z nimi palić, częstujesz każdego po kolei i gadasz, aby wiedzieli, że ty nie z tych, co będą pluć na ich widok, że jesteś taki sam jak oni.
Life goes on, myślisz, że jest to jedna z tych zagadek nie do rozwiązania, która pozostanie anegdotką. Ewentualnie Archiwum X ma to udokumentowane na jednym z setek odcinków, jak rozprawiają się z problemem niezidentyfikowanego szczania na klatce, jednak tutaj też pudło, bo nie mija tydzień i znowu jest naszczane, tym razem plama okazuje się jakaś większa. Nie ugniesz się, nie umyjesz tego.
Ale parę dni potem wychodzisz z mieszkania, a przed windą stoi… no żul jaki jest, każdy widzi. Odpowiedź na wszelkie wcześniejsze pytania masz na końcu języka, bo niby czego on z tym worem tu, na piątym piętrze, szuka. Przyjeżdża winda, wsiadacie.
Zerkasz na niego i wydaje ci się, że on wie, że ty wiesz i w tym stanie wiedzy utajonej na temat siebie nawzajem zjeżdżacie na dół, puszki brzęczą mu w tym worku, co ma setki litrów pojemności, w którym zmieści pół miasta puszek, nawet zmieściłoby się jakieś ciało – twoje, gdybyś miał na przykład za długi jęzor, więc nie pytasz go o piąte piętro. Nie chcesz chyba nawet wiedzieć, na jakiej zasadzie podejmuje wybory toaletowe, bo ten worek chowa przed tobą tajemnice o wiele większe niż to, co skrywa świat przed Hymel Jadwigą, która nie wie i prawdopodobnie nigdy się nie dowie, kto podpalił.
SESJA TERAPEUTYCZNA Z ZIOMECZKAMI ZE SCHODÓW: mówisz, co i jak, a oni, że też ich to wkurwia, że to jakieś chamstwo jest i nie może tak być, bo szlugi to jeszcze są okej. Nie tak dawno się paliło normalnie w lokalach, sklepach, na porodówkach, w samolocie i podczas mszy w kościele, ale nigdy nie było czegoś takiego, że prawo pozwalało na szczanie, gdzie popadnie.
Sprawa będzie załatwiona, damy znać, kiedy złapiemy delikwenta.
Mija dzień, drugi. Ktoś puka do drzwi. Ziomek ze schodów pokazuje ci zdjęcie tego żula, co z nim zjeżdżałeś windą i zdajesz sobie sprawę z tego, jaki wpierdol mógł cię czekać, na jakim poziomie mogła być obita twoja morda, gdybyś nie wszedł z nimi w komitywę.
Nie czujesz jednak ulgi. Niby sprawa rozwiązana, nie trzeba się już niczym przejmować, ale żal ci trochę tego żula, bo jednak to przez ciebie została uruchomiona cała ta machina przymusu bezpośredniego. Co się z nim stało? Czy przeżył? Doczłapał się chociaż na SOR? Patrzysz przez okno, widzisz wichurę (bo mamy przecież styczeń), na dodatek w telewizji Jarosław Kret zapowiada na przyszły tydzień wieczną zmarzlinę i rozumiesz, rozumiesz, tak strasznie rozumiesz. Rozumiesz też jednak, że musisz jakoś żyć dalej. Z czasem wypierasz te pytania z głowy, wątpliwości cichną, kiedy terapeuta mówi ci po raz kolejny, że nieraz popełnisz błąd w życiu, że nie wolno się tak zadręczać.
Pewnego dnia po prostu zapominasz. Wychodzisz z mieszkania, zapiera ci dech w piersiach i jednak wszystko wyparte z powrotem do ciebie wraca i nie wiesz jak, ale sufit, podłoga, każda ściana moczem spływa. Mocz? Siki? Uryna? Szczochy? Szczyny? Słownika ci brakuje, bo tak na pewno nie pachną siki, mocz, nawet szczyny nie są w stanie wyrazić tego smrodu, który napełnia twoje pęcherzyki płucne; osadza się na skórze twojej, w nosie, szczypie w oczy i na pewno coś tam wyżera gdzieś na tobie i wewnątrz, a gdzie i ile tego wyżartego, to tylko tomograf ci powie. I jesteś pewien, że gdybyś jakimś patyczkiem zebrał próbkę tego szczocha, to byś znalazł jakieś obce dna, niezidentyfikowany obiekt wdzierający się w całe jestestwo twoje, a im dłużej czekasz na windę, tym bardziej siada ci to wszystko na banię, jakoby to był tajny spisek, broń biologiczna, jakieś nowe Putinowskie metody wpływania na suwerenność państwa polskiego. Mroczki przed oczami, nogi ci wacieją. Czujesz się jak po pierwszym joincie, którego na kitrajce palisz gdzieś w krzakach, tylko że w tej sytuacji to narkotyzacja oparami. Z ziomkami z liceum wdychasz te szczyny, słyszysz syreny dookoła i się schizujesz, bo wąchanie niemedycznego moczu jest w tym kraju zakazane. Ziomek widzi, że cię skręca i jeszcze dorzuca do pieca: „Ale cię porobiło stary, oczy masz jak chińczyk”. Drugi stoi na wpół złamany, jakby stracił gdzieś kręgosłup, wypluwa płuca, śmiejąc się ze wszystkiego dookoła, ale jednak najbardziej z twoich, rzekomo chińskich, oczu. Trzeci natomiast, myśląc, że panuje nad sytuacją i jest tym najmniej porobionym, mówi: „Ciiicho, słyszycie to?”. A mówiąc to, ma na myśli widmo policji, która w waszych głowach już czeka na schodach, gdzieś za rogiem, czai się na was, a wtedy to kajdankowanie, poprawczak, zrujnowanie sobie młodego życia. Tego potencjału marnacja tylko dlatego, że chciałeś dreszczyku emocji, uciec od szarych odcieni dnia codziennego i porobić się na nielegalu moczem z kumplami. Schiza do potęgi, bo jednak resztki rozumu w tobie dają znać, że masz już dwadzieścia parę lat: jeden kolega już nie żyje, drugi skończył w kryminale, a trzeci to w ogóle nie wiadomo kto, a ta sytuacja to też jakiś twój w głowie pojebany konstrukt, szczane miraże, psikus, prank przez mózg wykonywany na samym sobie. Wchodzisz do windy, nic się nie zmienia, bo też w środku naszczane. Osuwasz się na ziemię, klikasz w telefonie dziewięć… dziewięć…
Konrad Tomalik (ur. 12 lipca 2002 r.) – Student Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, zajmuje się
pisaniem oraz fotografią. Miłośnik postmodernizmu, anty-edypowiec. Uzależniony od umów o dzieło,
nieustannie negocjuje własną podmiotowość z systemem krótkoterminowych zobowiązań.
Zatrudniony jako klaun w budżecie. W wolnych chwilach próbuje obalić technofeudalizm.
Nasta Martyn jest artystką, graficzką, ilustratorką, poetką i pisarką. Ukończyła Akademię kultur słowiańskich i posiada tytuł licencjata z projektowania. Obecnie prowadzi studia magisterskie z historii sztuki. W 2022 roku brała udział w międzynarodowych wystawach w Chinach, Tajwanie i Stanach Zjednoczonych. W 2024 roku otrzymała Nagrodę Specjalną Jury za swój plakat w Chinach.